Nie tylko dzieci piszczą na widok „słodkich pingwinków”. Nam, jako dorosłym, też ten stan nie przeszedł i choć piszczeliśmy już tylko wewnętrznie (żeby za bardzo siary nie było) – to widok pingwinów w naturze nieprzerwanie napędzał naszą wyobraźnię. Zaraz po wyjeździe do Patagonii ;). No więc dotarliśmy do Patagonii, ba… dotarliśmy nawet na Koniec Świata (Fin del Mundo), do Ziemi Ognistej (Tierra del Fuego). Stąd już tylko kroki (morskie) dzieliły nas od spotkania z tymi pierzastymi cudami natury, które latają tak samo dobrze jak my. Zatem jak mawiają początkujący programiści – „reszta to już tylko implementacja”…

Kiedy w Polsce zima, tu też jest lato
Styczeń w Ushuai – pełnia lata! Jak w każdy piękny, słoneczny dzień – wskakujemy w puchówki, założone na polary. Na stronie, na której bookowaliśmy całą eskapadę (klik) straszyli, że będzie zimno, wietrznie i żeby przygotować się na złośliwość niesfornej chmury. Darujemy sobie jednak ciepłe rękawice (gdzie latem w rękawice), a gore – texy wciskamy do plecaków na mokrą godzinę. To już za chwilę! O 14 wyjeżdżamy w stronę portu, z którego łodzią wypływamy do ogromnej kolonii pingwinów na wyspie Martilles.
No chyba, że się spóźnimy (ale tego nie było w planach…hmm).
Tupot małych stópek
Wycieczkę na Martillo Island zarezerwowaliśmy z kilkudniowym wyprzedzeniem i to w zasadzie rzutem na taśmę. Okazuje się, że atrakcja cieszy się sporym zainteresowaniem przyjezdnych, a ilość ludzi, którzy każdego dnia mogą tam popłynąć jest ograniczona. Zostawiając zatem formalności na ostatnią chwilę – można się ciężko zdziwić. O my naiwni! Sądziliśmy, że na koniec świata to ciągnie jedynie lubujących się w zimnie masochistów, tych, którym słońce na Karaibach wypaliło dziurę w brzuchu… i nas. W praktyce – ledwo udało nam się wbić. Możliwość spędzenia czasu wśród takiej ilości pingwinów, chodzenia wśród nich (żeby Was tylko głaskanie nie korciło!), na bezdechu… – jest marzeniem, które spełnia niejeden człek.
Tupot małych stópek słyszeliśmy głosem wyobraźni już od pierwszego dzwonku budzika (kilka wschodów o 6 i zachodów o 22 zrobiło swoje 😉 ) . Start o 14.30 jednak nas trochę rozleniwił. Długie śniadanie, jakieś zakupy, przygotowywanie sprzętów i czas zleciał nie wiadomo kiedy. Na miejsce (Touristic Pier Office) docieramy jako jedni z ostatnich! Otrzymujemy gustowne, różowe identyfikatory (chłopakom wyjątkowo przypadły do gustu ^^) i wskakujemy do busa, z pozostałą częścią ekipy. Pogoda nie nastraja – wieje i zimno jak diabli. Po drodze zatrzymujemy się przy jednej z naturalnych atrakcji, ale tak mocno „zacina z ukosa”, że mało kto decyduje się na wyjście z busa. 40 minut jazdy jednak mija wyjątkowo szybko. Raz, że widoki za oknem obłędne, a dwa – nasz „guide” opowiada naprawdę ciekawe historie z jajem ;).
Docieramy do „portu” i na szczęście lekko się przejaśnia!
Na wyspie tylko pingwiny mogą załatwiać swoje potrzeby na dziko. Nie ma „toy toyów” ani żadnym cywilizacyjnych udogodnień. Opcja szybkiego wskoczenia „w krzaki” też nie wchodzi w grę. Wśród klimatycznych zabudowań korzystamy zatem z ostatniego przysługującego nam „siusiu” i wskakujemy na ponton!
(Prawie) wszyscy we frakach
Nareszcie u celu! Ponton, odbijany o fale, poprzetrącał nam wszystkie bebechy, więc cudownie było wyjść na brzeg. Takiego komitetu powitalnego się jednak nie spodziewaliśmy! Dosłownie pingwin na pingwinie.
UWAGA DLA WRAŻLIWYCH NOSÓW: Poza nielotami i krajobrazem wokół - wali tu niemiłosiernie ;). Taki rybny po dostawie. Nas to specjalnie nie ruszało, ale niektórym może ten fakt przysłonić odbiór cudnego ptactwa.
Pierwszy moment jest taki, że nie wiesz w którą stronę patrzeć i na czym skupić swoją (i obiektywu) uwagę. Tu dwa słodkie pingwinki wydziobują sobie coś z piórek, obok inne wychodzą z gniazda, prężą brzuchy, ziewają czy pędzą radośnie w stronę wody. Pełen obłęd. Dobrze, że nikomu nie przywaliliśmy w czoło, jednym z naszych długich obiektywów. Oko przyklejone do wizjera i półobrót śledzący pomykającego pingwina. Albo wojskowy pad na glebę (i to, co z pingwinów „wypada” przy okazji).

Otrzepujemy się i idziemy dalej, bo niestety czas na wyspie mamy ograniczony (do około jednej godziny). Ruszamy wgłąb lądu, żeby przyjrzeć się bliżej gniazdom pingwinów, rozlokowanych w licznych norach, między trawami. Z niektórych z nich wygląda czysta słodycz – małe, puchate pingwinki, przytulające się do swoich rodziców. Co za widok!

Kolejni eleganci także wydają się nie zwracać na nas uwagi. Jedynie kiedy podchodzimy bliżej, obracają głowę to w jedną, to w drugą stronę i bacznie nam się przyglądają…




Uciekinier z Antarktydy
Większość pingwinów na Martillo Island to pingwiny magellańskie, ale zdarzają się także gentoo. Przed nami niewielkie wzgórze, a na nim i jedne i drugie (tych drugich ciut mniej). Bieli i czerni tyle, że się człowiek w myślach zgubić może – czy to aby wyprawa na pingwiny czy na zebry. Jednak trochę jakby z boku, naszą uwagę zwraca osobnik, który nijak nie pasuje do stadka (poza tym, że jest pingwinem). „Odszczepieniec” jest zdecydowanie bardziej wyrośnięty od pozostałych, a jego głowę i tors zdobią wyraźne, żółte „dodatki”. Pingwin królewski, bo o nim mowa, ponoć przypłynął tu na jednym ze statków, które kursują na Antarktydę. Załoga nie wiedziała za bardzo co z nim zrobić i zostawiła „bidoka” właśnie tutaj.

<żart> Nie ma fal, nie ma fal, nie ma… </żart>
To jeden z tych momentów, kiedy ludzie mówią „normalnie diabeł zegary nakręca”. Ja tam bym zwaliła na kogoś innego, ale… W tej strefie czasowej godzina trwa z pewnością mniej niż 60 minut! Z bólem wszystkiego i jak najwolniejszym krokiem się da, wracamy do naszego pontonu, by móc ponownie dać się wytrząść falom.
Panie Podsiadło - się Pan wybierze w te strony...^^

Gdyby komuś atrakcji tego dnia brakowało – zanim wrócimy do Ushuai, otrzymujemy Koniec Świata w pigułce. Pozostałości wielkich ryb i innych potworów morskich, poskładanych w całość, nad brzegiem, a dla chętnych wizyta w lokalnym muzeum. Mimo, że do nas przemawiają bardziej żywe stworzenia, to trzeba przyznać, że w pochmurny dzień +30 do mrocznego klimatu!





Pamiętacie, jak wspominałam, że po drodze mijaliśmy całkiem niezłe drzewo? Tylko prawie nikt nie chciał wysiąść z busa, z obawy przed wywianiem ostatnich pozytywnych myśli z głowy i przemoczeniem dupska. To to samo miejsce kilka godzin później. Pogoda tutaj zmienia się naprawdę dynamicznie.

Jak zorganizować
Jeśli wybierasz się do Patagonii i nie zamierzasz pominąć tak pięknego miejsca, jakim jest Ziemia Ognista (a do tego pingwiny w zoo Ci nie wystarczają) – powinieneś popłynąć na Martillo Island!
Gdzie zarezerwować? My skorzystaliśmy z usług firmy Piratour, wkupując wycieczkę „Walk with penguins”. Są też inne opcje, w których można skorzystać z większej liczby atrakcji. Rezerwujecie na ich stronie on-line (KLIK), opłacając atrakcję z góry (np. via Paypal). Zróbcie to z co najmniej kilkudniowym wyprzedzeniem – zainteresowanie jest ogromne i jeśli w Ushuai będziecie np. 2-3 dni, możecie się nie załapać na wolne miejsca.
Koszty: 150 usd za osobę w najprostszej opcji (bez wycieczki na wyspę z latarnią). W cenie jest transport busem z Ushuai, łódka i przewodnik. Jedzenie musicie zabrać ze sobą (można kupić kawę, ciastka i kanapki przed wypłynięciem na wyspę).
Czas trwania: ok. 7 godzin całość. Z pingwinami spędzacie około godziny.
Plusy: Pingwiny! Mnóstwo pingwinów! Słyszeliśmy, że w innych miejscach Argentyny, do których także są organizowane podobne wyprawy – jest ich jak na lekarstwo. Tu będą Wam dosłownie zaglądać w aparat!
Minusy: Zdecydowanie za mało czasu na wyspie! Może gdyby ktoś z Was tu był po raz setny (czytaj: pracując jako lokalny przewodnik), to każda minuta, spędzona z pingwinami, nie byłaby na wagę złota. W innym wypadku – ledwie przybijecie piątkę z największym tłuściochem na wyspie, a już musicie wracać do pontonu.
P.S. Na wyspie nie można dotykać ptaków ^^.


7 komentarzy
Cudowności <3
Oj tak – potwierdzamy!
Ja bym z pewnością podjęła próbę rabunkową, skrzętnie chowając jakiegoś słodziaka pod kurtką Foty, jak zawsze klasa!
No powiem Ci też nam to przeszło przez myśl. Zwłaszcza tego puchatego, co tak słodko dreptał za krzakiem. Z kolei jak już brać małego, to z całą rodzinką ;)). Później tylko na bezdechu na granicy chilijsko – argentyńskiej ;)).
Długa i interesująca relacja. W dodatku bardzo ciekawe zdjęcia. Gratulujemy i pozdrawiamy!
Dzięki! Pozdrawiamy.
[…] Przyznajcie sami – kto z Was nie marzył o spotkaniu twarzą w twarz (ta jedna ma dziób!) ze słodkimi pingwinkami? No kto? Każdy, choć raz w życiu, marzy o zobaczeniu na żywo pingwina! Nam udało się to wreszcie zrobić, ale musieliśmy w tym celu dostać się na Koniec Świata. Łatwo nie było (do poczytania tutaj). […]